Skocz do zawartości

Rekomendowane odpowiedzi

9 minut temu, Velahrn napisał:

Przepraszam, ale skąd to wiesz?

Właściciel tych butów pisze o "chodzone w śniegu, w deszczu, dlatego je zakupiłem na zimę. Buty naprawdę bym ciepłe i nie przemakały". Używanie butów w polskiej zimie oznacza nieustanną walkę ze śniegiem i solą. Ślady na butach są typowe dla soli - wielokrotnie miałem podobne na swoich butach. Buty wyglądają obecnie paskudnie i znając Wojasa, zrobione są z niskogatunkowej skóry. Nie ma wobec tego sensu podejmowanie prób ich ratowania czy naprawiania - nadają się do kosza.

Miałem kiedyś podobnej jakości buty Venezia, podobnie traktowane, podobnie zniszczone, popękane podeszwy itp. Po wymianie podeszw i zaaplikowaniu kilku niezbędnych kosmetyków (w sumie 50zł) służyły mi jako buty codzienne do zeszłej zimy (w sumie może 6-7 lat).

Nie wiem czego bardziej nie znoszę: "dziadowania" na dobrej jakości produkt, czy nieszanowania tego co się aktualnie posiada i chęci wyrzucenia czegokolwiek co się zużyło i nie wygląda jak nowe. To nie wstyd moim zdaniem nosić Wojasy za 300zł, wstydem jest wyrzucić coś w czym można jeszcze chodzić do codziennych zastosowań przy odpowiedniej pielęgnacji, bo nie jest "full grain, Goodyear welted z francuskich garbarni". Do sklepu po piwo czy na spacer do lasu będą idealne ;)

Oczywiście bez obrazy @Velahrn.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
16 minut temu, Kamil1987 napisał:

Miałem kiedyś podobnej jakości buty Venezia, podobnie traktowane, podobnie zniszczone, popękane podeszwy itp. Po wymianie podeszw i zaaplikowaniu kilku niezbędnych kosmetyków (w sumie 50zł) służyły mi jako buty codzienne do zeszłej zimy (w sumie może 6-7 lat).

Nie wiem czego bardziej nie znoszę: "dziadowania" na dobrej jakości produkt, czy nieszanowania tego co się aktualnie posiada i chęci wyrzucenia czegokolwiek co się zużyło i nie wygląda jak nowe. To nie wstyd moim zdaniem nosić Wojasy za 300zł, wstydem jest wyrzucić coś w czym można jeszcze chodzić do codziennych zastosowań przy odpowiedniej pielęgnacji, bo nie jest "full grain, Goodyear welted z francuskich garbarni". Do sklepu po piwo czy na spacer do lasu będą idealne ;)

Oczywiście bez obrazy @Velahrn.

Nie obrażam się żadną miarą!

Jeśli już piszemy o naszych filozofiach, to napiszę o mojej. Staram się mieć jak najmniej rzeczy i jak najwyższej jakości, żeby służyły mi jak najdłużej. Dlatego liczba marynarek w mojej szafie to zawrotne dwie, bo akurat na tyle bespoke dotychczas było mnie stać. Dlatego nie mam żadnych ubrań czy butów z "nieeleganckiej" przeszłości - oddałem je do OPS-u. Napisałem poprzednio "wyrzuć" w charakterze "pozbądź się". Ostatnio moja mama widziała na osiedlu bezdomnego w moich byłych glanach (były dość charakterystyczne, więc to na pewno te :) ) - bardzo się z tego cieszę, że komuś się przydały. Jednakże zbieractwo jest po prostu złe, nie powinniśmy gromadzić zbyt wielu rzeczy.

W mojej ocenie prezentowane Wojasy wyglądają naprawdę paskudnie. Są to buty niskiej jakości, wykonane z kiepskiej skóry, taka skóra brzydko się starzeje i nie pokrywa patyną, jak to tu mówią. Cały włożony w nie wysiłek i pieniądze pójdą prawdopodobnie na marne, bo zmienia się w "paskudne". Rozumiem księcia Karola, który łata swoje Lobby, natomiast nie rozumiem łatania takich butów...

I nie uważam za wstyd nosić buty za 300 zł, bo przecież to nie zamożność świadczy o człowieku! Wiem, że to trochę truizm, ale muszę to napisać wprost, bo trochę odbieram to tak, jakbyś wsadzał takie słowa w moje usta :).

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
23 minuty temu, Velahrn napisał:

Nie obrażam się żadną miarą!

Jeśli już piszemy o naszych filozofiach, to napiszę o mojej. Staram się mieć jak najmniej rzeczy i jak najwyższej jakości, żeby służyły mi jak najdłużej. Dlatego liczba marynarek w mojej szafie to zawrotne dwie, bo akurat na tyle bespoke dotychczas było mnie stać. Dlatego nie mam żadnych ubrań czy butów z "nieeleganckiej" przeszłości - oddałem je do OPS-u. Napisałem poprzednio "wyrzuć" w charakterze "pozbądź się". Ostatnio moja mama widziała na osiedlu bezdomnego w moich byłych glanach (były dość charakterystyczne, więc to na pewno te :) ) - bardzo się z tego cieszę, że komuś się przydały. Jednakże zbieractwo jest po prostu złe, nie powinniśmy gromadzić zbyt wielu rzeczy.

W mojej ocenie prezentowane Wojasy wyglądają naprawdę paskudnie. Są to buty niskiej jakości, wykonane z kiepskiej skóry, taka skóra brzydko się starzeje i nie pokrywa patyną, jak to tu mówią. Cały włożony w nie wysiłek i pieniądze pójdą prawdopodobnie na marne, bo zmienia się w "paskudne". Rozumiem księcia Karola, który łata swoje Lobby, natomiast nie rozumiem łatania takich butów...

I nie uważam za wstyd nosić buty za 300 zł, bo przecież to nie zamożność świadczy o człowieku! Wiem, że to trochę truizm, ale muszę to napisać wprost, bo trochę odbieram to tak, jakbyś wsadzał takie słowa w moje usta :).

Bo tak to trochę dla mnie zabrzmiało, ale po Twoim ostatnim wpisie absolutnie Cię rozumiem !

Co do Twojej strategii to gratuluję i popieram. U mnie jest podobnie z pozbywaniem się starszych rzeczy - głównie młodsi kuzyni robią "rozbiórki" kiedy moja mama stwierdzi, że zwiozłem zbyt dużo starszych rzeczy. Też raz poznałem swoją starą skórę "na mieście" ;)

Z drugiej strony wychowałem się dość biednie, rodzice dwie pensje z budżetówki, 4 dzieci, budowa domu bez kredytu, bo "banki to zło" ;) I utarł się u nas podział ubrań na 3 kategorie: "do kościoła" - najlepsze co masz, "na co dzień/do szkoły" - mniej eleganckie sztuki, "do pracy" (w sensie fizycznej typu umyj ojcu samochód, skoś trawnik) zużyte sztuki z poprzednich kategorii. Stąd też żywot konkretnych ubrań był bardzo długi jeśli coś wytrzymywało jakościowo i dlatego dość alergicznie zareagowałem na propozycję wyrzucenia butów, które do kat. 3 na pewno się nadadzą :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
29 minut temu, Kamil1987 napisał:

Bo tak to trochę dla mnie zabrzmiało, ale po Twoim ostatnim wpisie absolutnie Cię rozumiem !

Co do Twojej strategii to gratuluję i popieram. U mnie jest podobnie z pozbywaniem się starszych rzeczy - głównie młodsi kuzyni robią "rozbiórki" kiedy moja mama stwierdzi, że zwiozłem zbyt dużo starszych rzeczy. Też raz poznałem swoją starą skórę "na mieście" ;)

Z drugiej strony wychowałem się dość biednie, rodzice dwie pensje z budżetówki, 4 dzieci, budowa domu bez kredytu, bo "banki to zło" ;) I utarł się u nas podział ubrań na 3 kategorie: "do kościoła" - najlepsze co masz, "na co dzień/do szkoły" - mniej eleganckie sztuki, "do pracy" (w sensie fizycznej typu umyj ojcu samochód, skoś trawnik) zużyte sztuki z poprzednich kategorii. Stąd też żywot konkretnych ubrań był bardzo długi jeśli coś wytrzymywało jakościowo i dlatego dość alergicznie zareagowałem na propozycję wyrzucenia butów, które do kat. 3 na pewno się nadadzą :)

Wydzieliłem nowy temat.

Pozwolę sobie wrzucić jako inspirację cztery zdjęcia księcia Karola. Uważam, że facet ma cojones, nosi marynarkę i buty... połatane. No ale ON nie musi nikomu nic udowadniać, w końcu jest His Royal Highness. Dla mnie to całkowite, wręcz heroiczne odrzucenie współczesnej mody. Czyli balonika pompowanego przez wielkie koncerny (już nie domy mody, już nie projektantów, bo oni od lat '70 nic nie znaczą), gdzie co roku ogłasza się "przełom", wąskie klapy, kamuflaż moro, kolor fioletowy, czy inne bzdety, żeby skłonić nas do wymiany garderoby. I dlatego tak podziwiam Karola, bo chodzi w tym samym tweedowym płaszczu od 35 lat, ale jest to jednocześnie płaszcz szyty na miarę, i z najlepszej wełny, prawdziwy built to last.

tumblr_na0lgo83qD1qga5d4o1_500.jpg

098B92FF000005DC-4743446-image-a-14_1501

197002_1.jpg

  • Like 7
  • Oceniam pozytywnie 2

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ja też miałem w grudniu zeszłego roku ciekawą obserwację. Największa konferencja naukowa z mojej dziedziny w Atlancie, ja przedstawiciel jednego z lepszych ośrodków naukowych na wschodnim wybrzeżu, spotkanie wieczorne zorganizowane przez pracodawcę, muzyka na żywo, otwarty bar, pełna kulturka. Ja, jak to ja, ubrałem się ładnie, nie w garnitur, ale eleganckie buty, koszula, płaszcz itp. Dołączyłem do koleżanki z piętra, która przedstawiła mnie swojemu chłopakowi (Duńczyk), wysoki na 2m, przystojny chłopak, ale miał na sobie tak zmechacony sweter, że ja w życiu bym go nie założył nawet wychodząc gdzieś niedaleko poza dom. Nie mogłem oderwać od niego oczu jak można na siebie włożyć coś takiego, czy ona nie zwróciła mu uwagi itp. moje przemyślenia. I wraz z rozmową (a może i promilami) pomyślałem sobie, że w sumie trzeba mieć jaja, żeby się tak wybrać do ludzi ;) A może to było celowe działanie i jego hipsterski styl ? Na pewno długo nie zapomnę tego widoku ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
23 godziny temu, Kamil1987 napisał:

 ale miał na sobie tak zmechacony sweter, że ja w życiu bym go nie założył nawet wychodząc gdzieś niedaleko poza dom. Nie mogłem oderwać od niego oczu jak można na siebie włożyć coś takiego, czy ona nie zwróciła mu uwagi itp. 

A może ten sweter był z wełny casentino? ;)

  • Oceniam pozytywnie 2

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Kolejne pytania "filozoficzne":

1) Czy kupujecie produkty za pełne ceny czy na wyprzedażach ? Domyślam się, że w zależności od przedmiotu lub potrzeby jedno i drugie, ale czy jest coś czego nigdy nie kupicie na wyprzedaży (lub używanego), a z kolei za co nigdy nie dacie pełnej "butikowej" ceny ? Po popularności akcji z zakupem butów FS od Alfred Sargent widzę, ze jest tu sporo osób gotowych kupić przedmiot wysokiej jakości z ubiegłorocznej kolekcji za niższą cenę. Popularność sklepu TK Maxx na tym forum tez sporo mówi o naszych upodobaniach.

Ja jestem maniakiem outletów i pobyt w USA bardzo rozpieszcza w tym zakresie. Do tego stopnia, ze widząc coś w pełnej cenie potrafię zapytać kasjerkę, czy nie ma na to specjalnej promocji i w wielu przypadkach okazuje się, ze jest. Nie mam tez sobie za złe kupowania kurtek zimowych w marcu lub butów sportowych w listopadzie, gdy są największe przeceny. 

To czego NIGDY nie kupię w przecenie to garnitur. Nie wybrałbym materiału, który mi odpowiada odrobinę mniej, choćby kosztował 50% ceny. Może wynika to z tego, ze rzadko noszę garnitury i okazja zazwyczaj jest dla mnie specjalna, stad chcę mieć do dyspozycji coś co pasuje do mnie idealnie. 

2) Dowiedziałem się ostatnio o terminie "diminshed returns" w odniesieniu do przedmiotów użytkowych w tym ubrań, wcześniej znalem to, ale z ekonomii produkcji ;) Pytanie jest następujące:

Jak daleko jesteście w stanie posunąć się z uzasadnianiem ceny danego przedmiotu ? Czy macie górny limit ceny, którego nie przekroczycie kupując np. buty, zegarek, garnitur ?

Ja miałem podobne rozważania kiedy chciałem kupić sobie pierwszy poważny zegarek automatyczny. Rozważałem wiele opcji od Seiko SARB za 400$ do Omegi Seamaster za 4000$. W końcu zdecydowałem dość pragmatycznie: "mój zegarek nie może być droższy niż komputer, który aktualnie posiadam" Uzasadniam to faktem, ze komputerem zarabiam pieniądze, a zegarek jest tylko nabytkiem i dodatkiem stylistycznym o ograniczonej funkcjonalności (data i godzina). Podejrzewam, ze z butami byłoby u mnie podobnie, choć nie doszedłem nigdy do pułapu 1000$.

Z drugiej strony z garniturem byłbym w stanie nagiąć tę zasadę. Po pierwsze mając świadomość jakie wrażenie można zrobić będąc dobrze ubranym na rozmowie kwalifikacyjnej etc. może być uznany za część inwestycji w siebie i w przyszłą pracę. 

Jestem Ciekawy jakie jest Wasze podejście do decyzji zakupowych ?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
1 godzinę temu, Kamil1987 napisał:

Z drugiej strony z garniturem byłbym w stanie nagiąć tę zasadę. Po pierwsze mając świadomość jakie wrażenie można zrobić będąc dobrze ubranym na rozmowie kwalifikacyjnej etc. może być uznany za część inwestycji w siebie [...].

Wydaje mi się, że do tematu zegarka można podejść w dość podobny sposób. Omega to Omega, nieważne jak piękny byłby Seiko albo Orient i jak rozsądnymi powódkami byś się kierował przy jego wyborze. Co nie oznacza, że "gardzę" Seiko, ponieważ temat zegarka to dość skomplikowana sprawa. Ale Omega czy inny zegarek "z topu" wysyła jasny sygnał do otoczenia.

Wszystko zależy w jakim środowisku się obracasz, imho.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Doprecyzujmy - Omega to średnia półka zegarkowa, nie top. Jeśli "Omega wysyła jasny sygnał do otoczenia" to zwykle do osób które mało wiedzą o zegarkach i ich wiedza kończy się na kilku markach (tanie - Seiko, droższe Tag Heuer, top Omega, i może top topów to jest dla nich Rolex, choć zwykle nie wiedzą ile kosztuje, ew. słyszeli o Patek Philippe). Ci którzy siedzą w temacie docenią Grand Seiko czy inne topowe modele z tej manufaktury (niekoniecznie GS), tak samo jak docenią Dornbultha czy inne niszowe manufaktury. Masz rację, że temat zegarka to dosyć skomplikowana sprawa. Sam obserwuję to na kilku płaszczyznach. Kiedyś z perspektywy sprzedawcy dobrej klasy i luksusowych zegarków. Od kilkunastu lat obserwując dziesiątki osób mi bliskich, dalszych, których rozwój i decyzje zakupowe widzę na żywo i w sieci (fora, fb itp. ), a od kilku lat - to chyba najciekawszy aspekt - słuchając i obserwując to co kupują (moi klienci) kolekcjonerzy w Polsce - osoby które nie siedzą na forach, nie dzielą się swoimi zbiorami w sieci, najczęściej osoby w wieku 50 plus, zbierające zegarki od ponad 20 i więcej lat - dla wielu Patek jest mainstreamem a zbierają np. Roger Dubuis czy pojedyńcze egzemplarze wykonane przez znane nazwiska światowego zegarmistrzostwa.

 

 

  • Like 2
  • Oceniam pozytywnie 3

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@eye_lip Bardzo ciekawa opinia, choć musimy przyjąć poprawkę, ze kolekcjonerstwo i kupowanie czegokolwiek (zegarek, monety, znaczki) dla celów hobbystycznych lub nawet inwestycyjnych ma zupełnie inny wymiar niż wybór przedmiotu użytkowego. Dla hobby jesteśmy czasem w stanie porzucić zdroworozsądkowe kryteria plus przeznaczamy na nie inna proporcje miesięcznego budżetu.

Moje pytanie było znacznie mniej skomplikowane. Kupujesz zegarek, pierwszy albo jeden z dwóch czy trzech, żeby mieć na każdą okazje. Co mówi Ci "to za drogo" ? Tylko stan konta czy jakieś mniej lub bardziej mierzalne obiekcje ? U mnie to jest zazwyczaj porównanie z jakimś przyziemnym produktem (typu laptop czy samochód) i pytanie, czy buty w cenie polowy mojego samochodu dadzą mi podobny "zwrot" z inwestycji . Gdzie "zwrot" to (wartość przedmiotu+satysfakcja z jego posiadania)/cena zakupu ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

O zegarkach i butach nie będę pisał ponieważ jest to moje mocne hobby i decyzje nie są racjonalne, ale typowym elementem który dobrze wpasował by się w filozofię ubioru jest marynarka - nie jestem znawcą i psychofanem dopasowania, odnajdywania minusów w konstrukcji - dobrze na mnie leży klasyk z suit supply i staram się kupować marynarki na wyprzedażach. Mam jedną bespoke, ale to tylko dlatego że chciałem mieć garnitur na wyjątkową okazję.

  • Oceniam pozytywnie 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Skoro już kontynuujemy off topic (bo jest temat „zegarki a ekonomia”), 8 lat temu kupiłem nowy zegarek za 12400 zł. Wówczas była to dla mnie kwota astronomiczna, a i dziś nie jest mała. Noszę go codziennie, czyli jak łatwo policzyć do tej pory za to, żeby poczuć się „trochę jak Bond” płaciłem ok. 4 zł dziennie. Więcej codziennie wydaję na kawę, z tym że z tej wypitej kawy już nic nie mam, a zegarek ma się dobrze i wkrótce posłuży jako prezent dla bliskiej osoby. Gdybym chciał go jednak sprzedać, z przyczyn rynkowych (wzrost cen i zmiany kursu CHF) odzyskałbym minimum 90% zapłaconej kwoty.

 

  • Like 1
  • Oceniam pozytywnie 7

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zegarki to osobny temat,od kilku lat jest dużo większe zainteresowanie i popyt ,dlatego takie które 15 lat temu można było dostać za kilkadziesiąt $ dzisiaj kosztują setki ,a te które kosztowały kilkaset osiągają ceny liczone w tysiącach.Ja 10 lat temu sprzedałem Jardura Bezelmeter za niewiele ponad $300,a dzisiaj taki zegarek  trudno znaleźć z mniej niż $5 000.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dla mnie zegarek to też element ubioru.

Co do wysyłania sygnałów ;-)

 

gs.jpg

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@eye_lip Wspomniałem o Omedze, bo o niej pisał autor poprzedniego posta. Ale przy okazji dowiedziałem się czegoś nowego, dziękuje. :-D

I oczywiście, to co dla mnie może być sufitem - dla kogoś jest tak naprawdę podnóżem góry.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
16 godzin temu, Kamil1987 napisał:

Z drugiej strony z garniturem byłbym w stanie nagiąć tę zasadę. Po pierwsze mając świadomość jakie wrażenie można zrobić będąc dobrze ubranym na rozmowie kwalifikacyjnej etc. może być uznany za część inwestycji w siebie i w przyszłą pracę. 

Bez urazy, ale na rozmowie kwalifikacyjnej raczej nie będzie miało znaczenia czy masz garnitur za 1000+ dolarów, czy za 300 dolarów. Są oczywiście wyjątki np. banki inwestycyjne (i to nie wszędzie, raczej w miejscach typu Londyn). A nawet i tam trzeba być ostrożnym, bo ich "dress code" jest dużo bardziej skomplikowany niż po prostu "ubierz się bardzo drogo i elegancko". Często bardzo drogich garniturów i zegarków "nie wypada" nosić zanim nie osiągniesz odpowiedniego szczebelka w korporacyjnej hierarchii.  

Oczywiście nie zniechęcam do kupowania drogich i ładnych ubrań, tylko nie nazywajmy tego proszę "inwestycją w siebie i w przyszłą pracę". No chyba że akurat pracujesz w jednej z nielicznych branż w jednym z nielicznych miejsc, gdzie marka garnituru naprawdę ma znaczenie.

  • Like 3
  • Oceniam pozytywnie 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
45 minut temu, Zajac Poziomka napisał:

Bez urazy, ale na rozmowie kwalifikacyjnej raczej nie będzie miało znaczenia czy masz garnitur za 1000+ dolarów, czy za 300 dolarów. Są oczywiście wyjątki np. banki inwestycyjne (i to nie wszędzie, raczej w miejscach typu Londyn). A nawet i tam trzeba być ostrożnym, bo ich "dress code" jest dużo bardziej skomplikowany niż po prostu "ubierz się bardzo drogo i elegancko". Często bardzo drogich garniturów i zegarków "nie wypada" nosić zanim nie osiągniesz odpowiedniego szczebelka w korporacyjnej hierarchii.  

Oczywiście nie zniechęcam do kupowania drogich i ładnych ubrań, tylko nie nazywajmy tego proszę "inwestycją w siebie i w przyszłą pracę". No chyba że akurat pracujesz w jednej z nielicznych branż w jednym z nielicznych miejsc, gdzie marka garnituru naprawdę ma znaczenie.

Pełna zgoda. Przeprowadzałem wiele rozmów kwalifikacyjnych w Polsce, w UK i innych miejscach i nawet jako pasjonat męskiej elegancji potwierdzam w 100%.

Większe znaczenie ma swoboda, merytoryka, kwalifikacje niż strój (oczywiście z zachowaniem spójności). Należy unikać błędów i autosabotażu, Jeśli ktoś przychodzi na spotkanie z brudnymi paznokciami, czy w pomiętych spodniach, to chcąc nie chcąc wywołuje złe wrażenie. Można nawet powiedzieć, że w masie z którą spotykają się rekrytujący menadżerowie,  za błędy dostajesz minusy, a poprawność nie gwarantuje plusów bo ginie w tłumie. Więc wybór schludnego, dopasowanego i zadbanego stroju, ale zapewniającego swobodę noszącemu, będzie dużo ważniejszy niż wartość tego co mamy na sobie.

Londynu bym nie demonizował. Polecam oczywiście gładkie krawaty (choć tam już prawie nie widuje się krawatów w pracy, nawet w wysokiej finansjerze ;) ) bo paski mają nieogarnialny dla nas symbolizm kojarzący się z uczelniami i innymi środowiskami. Jednak, coraz rzadziej (mało w Londynie jest prawdziwych Brytyjczyków) spotyka się osoby odczytujące "znaki" i przy których łatwo o faux pas. Miałem kiedyś klienta, który po pierwsze, chciał mnie zabić językowo posłgując się takimi sformułowaniami, że trzy razy musiałem dopytywać o co mu chodzi, a po drugie, wytykał mi wszelkie błędy "dress code", ale to rzadkość.

  • Like 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Whitesnake Nie chciałem demonizować, nie pracowałem nigdy w Londynie i opierałem się na tym co słyszałem od znajomych i na różnych artykułach, które czytałem. Ale raczej z wiarygodnych źródeł, typu BBC, a nie internetowych pudelków. Pierwszy z brzegu artykuł na ten temat: http://www.bbc.co.uk/news/uk-37244180 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
28 minut temu, Zajac Poziomka napisał:

@Whitesnake Nie chciałem demonizować, nie pracowałem nigdy w Londynie i opierałem się na tym co słyszałem od znajomych i na różnych artykułach, które czytałem. Ale raczej z wiarygodnych źródeł, typu BBC, a nie internetowych pudelków. Pierwszy z brzegu artykuł na ten temat: http://www.bbc.co.uk/news/uk-37244180 

Sentymenty BBC ;) 

Sam fakt, że trzeba o tym pisać pokazuje jak bardzo rzeczywistośc odbiega od wzorca. W praktyce, banki mają większy problem w egzekwowaniu dress-code niż w Polsce. U nas póki co, kandydaci karnie się dostosowują i nie podnoszą na przykład kwestii etnicznych. Nie ma dyskusji o znaczeniu czarnego/białego koloru w społecznościach hinduskich, czy innych ekstremach związanych z dużo mniej zasymilowanymi środowiskami. To już nie jest ten sam Londyn co 20 lat temu - poprawność polityczna i wielonarodowość zabiła ich tożsamość w białych rękawiczkach. W takiej sytuacji pojawiają się oczywiście sentymentalni ekstremiści (British Bankers' Association), ale nawet im oficjalnie nie tylko nie wypada, ale i po woli nie wolno, zmuszać innych do przyjmowania obcych sobie wzorców. 

To już nie są zasady wyniesione z domu, a sztuczny dress code wywołuje poczucie zniewolenia i w praktyce niesie postawy odwrotne do zamierzonych, np. sytuację, w której możliwość nienoszenia krawata jako oznaką wyższego szczebla w hierarchii zawodowej (jestem tak mocny, że mnie zniewolenie nie dotyczy). Absurd, ale często obserwowany także u nas.

  • Like 4

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jest jeszcze jeden aspekt eleganckiego ubioru. Przypuszczam, że większość uczestników tego forum spotyka się na codzień z tak zwanymi stylizacjami ... na ekranie komputera albo smartfona. albo w sklepach w odzieżą elegancką.  Bardzo aktywni panowie należą do grupy krawców, sprzedawców, doradców i różnych twórców w "nowych mediach". Ogromna kreatywność tej grupy napiera na odbiorców z życia realnego. Na ostatni plan schodzi u nich znaczenie pasków, czy dopuszczalność mankietów. Często mają pojęcie o regułach i łamią je świadomie (albo i nie). Czasami groteskowa jest wprost rozpoznawalność takich ludzi na ulicy. Na przykład od razu rzuca się w oczy obsługa ze sklepu Boggi Milano albo Suit Supply podczas obiadu w kawiarni odległej od sklepu o jakieś 200 metrów. Nie widzę w tym niczego złego, tylko daje mi to do myślenia, że kopiując jakieś ładne elementy ubioru muszę sobie zadać pytanie, czy nie będę wyglądał jak ktoś z branży, chociaż nim nie jestem. 

Z wykładu Bernharda Roetzela o elegancji i jej zasadach utkwiła mi w pamięci taka rada, że dobrze ubrany mężczyzna to ten u którego nie od razu widać, dlaczego jest dobrze ubrany. Sprowadza się to w sumie do daleko pojętej spójności ubioru, to znaczy jego poszczególnych elementów  jak i całości z otoczeniem. 

PS. Wspomniana kreatywność wspomnianego środowiska jest ulicy jak najbardziej potrzebna, tylko należy zawsze pozostać trzeźwym.

  • Like 8

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
3 godziny temu, Zajac Poziomka napisał:

Bez urazy, ale na rozmowie kwalifikacyjnej raczej nie będzie miało znaczenia czy masz garnitur za 1000+ dolarów, czy za 300 dolarów. 

Oczywiście nie zniechęcam do kupowania drogich i ładnych ubrań, tylko nie nazywajmy tego proszę "inwestycją w siebie i w przyszłą pracę". No chyba że akurat pracujesz w jednej z nielicznych branż w jednym z nielicznych miejsc, gdzie marka garnituru naprawdę ma znaczenie.

Pracuję naukowo w USA, gdzie 90% ludzi z mojej branży ma w d**ie jakiekolwiek reguły i z racji tego, że są "szalonymi naukowcami z Harvardu" myślą że im wszystko wolno i potrafią przyjść na rozmowę kwalifikacyjną do firmy o wartości 20mld USD w firmowym polarze. Nie masz pojęcia co tu się wyprawia. 

Byłem na wielu spotkaniach z przedstawicielami firm biotechnologicznych z Bostonu i zawsze dostawałem komplement za naprawę niewielkie detale jak na skalę tego forum typu że mam ładną (jasną i bez funky wzorków koszulę) lub dopasowaną marynarkę i zadbane buty.

W Europie już praktycznie nie ma tego problemu ale tutejszy typowy garnitur, który ludzie noszą bo muszą to niedopasowany, poliestrowy box i buty z czubkiem w kwadrat ;) Ja naprawdę nie pisałem o "inwestycji w siebie" jako o krojeniu u Zaremby. Tutaj dopasowany SuitSupply z fajnej wełny, której jakość rozpozna nawet laik robi robotę ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

@Kamil1987 Pisałeś o kupowaniu garniturów za 1000+ dolarów. Ja wiem, że dobrze dopasowany, ładny garnitur warto mieć. Ale na rozmowę o pracę w 99,5% przypadków naprawdę starczy dopasowany garnitur (np. SS) za 300-400 dolarów. Dlatego pisałem, że kupowanie takiego za 1000 to żadna inwestycja (w sensie - nie przynosi wymiernych korzyści). A o branży naukowej w USA jakieś tam pojęcie mam (choć nie o biotechnologii) ;) 

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.