-
Postów
123 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
2
Typ zawartości
Profile
Forum
Wydarzenia
Treść opublikowana przez Haz
-
Brak informacji o współpracy na blogu podpada chyba pod przepisy o nieuczciwej reklamie (że nie są one egzekwowane w przypadku blogów - i jak było w tym wątku mówione, nie tylko blogów - to inna kwestia).
-
Dopisalem się właśnie - oprócz mnie w Krakowie naprawdę tylko jedna osoba?
- 1 673 odpowiedzi
-
- wspólne zakupy
- zakupy
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Co do smokingu, to nie był ruszany przez krawca. Za obszerny nie jest, w klatce też leży dość blisko ciała. Natomiast rękawy są zrotowane tak, że przy mojej naturalnej pozycji rąk się marszczą i tu by trzeba je wypruć i wszyć pod innym kątem; można zastanowić się, czy wtedy nie warto też uszczknąć nieco szerokości ramion. Jednak w takim wypadku zapewne straciłbym z centymetr albo przynajmniej pół z już kusych rękawów, a że efekt takich poprawek zawsze jest niepewny, nie chciałem się w to bawić. W kwestii kwadratowych ramion - mam na myśli raczej ogólny kształt jaki nadają sylwetce, ramion dość płaskich (niemal równoległych do podłoża) i dość gwałtownie opadających na rękawie. To zaokrąglenie albo ścięcie to pewnie wypadkowa szerokości ramion marynarki (i tym samym umiejscowienia szwu) i wypełnienia nie ramienia, ale kuli rękawa, tego jak tam ono jest wymodelowane, czy raczej właśnie na taki okrągły bardziej, czy ostro ścięty kształt. Ale tu by się musiał wypowiedzieć ktoś, kto się zna na konstrukcji lepiej niż ja (co nie stanowi raczej wielkiej sztuki).
-
@Zajac Poziomka To się chyba ostatecznie sprowadza do kwestii preferencji - zapewne bardziej postawnie, męsko i jak tam bądź bym wyglądał w ogóle w marynarkach na dość sztywnym płótnie, z obszerniejszą, nieco drapowaną klatką, mocno wypełnionymi ramionami itd., ale nie siedzi mi taka stylistyka. Rozumiem natomiast do czego zmierzasz. Tylko nie musisz się już tak o tego blogaska wyzłośliwiać ;]
-
No widzisz, a mnie kwadratowe ramiona w jednej z kolejnych marynarek bardzo przeszkadzają, zdecydowanie bardziej niż miękkie. Z wypełnieniem też różnie bywa, rzadko jestem zadowolony z tego jak wygląda (nawet smoking susu, z wypełnionymi ramionami, ma jakąś dziwną linię na mnie i niezbyt mi się to podoba), nie mówiąc już o wygodzie. Do odd jackets i mniej formalnych garniturów wolę więc po prostu miękkie ramiona, bo komfort noszenia większy i wydaje mi się to spójniejsze z mniej formalnym charakterem ubrania.
-
Ja bym się chętnie pisał na jedną na pewno. W arkusz się wpisałem.
- 1 673 odpowiedzi
-
- wspólne zakupy
- zakupy
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Nie, inaczej. Naturalny dobrze wykonany wkład płócienny pozwala się klapie tak rolować, lekko rozchylając marynarkę od góry przy rozpiętym górnym guziku. Nikt nic specjalnie nie zaprasowywał i nie zginał. Potem przy zmianie konstrukcji i wydłużeniu linii klapy (ale nie w tej samej marynarce, oczywiście!), dziurka została jako element tradycyjny/ozdobny. Tak przynajmniej bym zgadywał.
-
Historycznie to pewnie jakiś krok w ewolucji marynarki pomiędzy 3 a 2 guzikami; istnieje zresztą od dawna. To element w zasadzie czysto estetyczny, ale obszyta dziurka w tym miejscu klapy dodaje jej odrobinę sztywności, akcentując trójwymiarowy roll klapy.
-
Ale to jest opis każdej dyplomatki przecież.
-
Wydaje mi się, że jest tam jeszcze jeden guzik wyżej, który można zapiąć.
-
No okej, taki jest opis stanu faktycznego - na co Mikołaj narzeka, na co ja też chętnie narzekam. Ale to nie jest usprawiedliwienie. Natomiast wydaje mi się, że wielu blogerów nawet tej teorii nie zna, tzn. nie wie, że każda reklama powinna być oznaczona, że linki afiliacyjne to też forma reklamy; obchodzenie tego to w wielu przypadkach nie tyle kwestia wyrachowanego zachowania, co nieświadomości po prostu. Albo poczucia, że to najwyżej jakieś tam wewnętrzne niepisane zasady środowiska blogerskiego, do których można się stosować albo nie wedle woli. Ale może się mylę. No nie. Prawo mówiące o nieuczciwej reklamie ma chronić konsumentów i jeśli tego nie robi, to jest złe albo źle egzekwowane. Ale nie oznacza to, że w takim razie należy całkiem z niego zrezygnować, bo to de facto jest podeście, że jeżeli ktoś się dał oszukać, to jest to jego wina, a nie oszusta.
-
Jest dużo mitów dotyczących tego, co to jest placebo. To, że "placebo działa", oznacza tylko subiektywną poprawę. Odczucie chorego. Placebo nie zagoi rany, nie doprowadzi do remisji nowotworu, nie wyleczy cukrzycy. Ale może spowodować, że objawy będą mniej przez chorego odczuwalne, bardziej znośne, albo w ogóle możliwe do zignorowania. Placebo nie leczy.
-
No ale to się nijak ma do tabletek homeopatycznych, w których tej wody przecież w zasadzie i tak nie ma; zresztą temperatura roztworu będzie się zmieniać podczas kolejnych rozcieńczeń oraz nawet w transporcie. A w jaki sposób miałoby to być biologicznie czynne - pojęcia nie mam. Co do badań klinicznych z homeopatią, polecam tę notkę: https://www.sciencebasedmedicine.org/homeopathy-failing-randomized-controlled-trials-since-1835/
-
Preparaty farmaceutyczne to nie tylko substancja czynna. Lek z tą samą substancją czynną może różnić się biodostępnością i farmakokinetyką. Natomiast w sensie samego mechanizmu, działania na receptor czy enzym, związek to związek. To jest anegdota - ma zerową wartość dowodową w kwestii oceny skuteczności leku. Wybacz, bo to może brzmi trochę szorstko, ale takie anegdoty istnieją o każdej formie terapii - od zwykłych leków, przez homeopatię, rozmaite ziołowe detoksy, po najbardziej egzotyczne formy medycyny alternatywnej, jak wkładanie nasion ciecierzycy w zrobioną specjalnie w tym celu ranę na udzie albo picie przemysłowego wybielacza (i żadnej z tych rzeczy, żeby była jasność, nie wymyśliłem). Żeby homeopatia działała, mylić musiałaby się cała fizyka, chemia i biologia. Co do diet, to to jest osobny temat rzeka, żeby napisać coś sensownego tak, żeby się nie dało przyczepić bym się musiał przegrzebać chociaż na szybko przez literaturę, a teraz nie mam czasu ani siły na tworzenie kolejnej takiej ściany tekstu ;]
-
To mi się wydaje ważne, chociaż oczywiście jeśli zaczynasz na blogu zarabiać - z zewnątrz nieweryfikowalne. Pracuję robiąc dwie różne rzeczy, z których każda przynosi mi trochę pieniędzy; gdyby wszystkie firmy nagle zrezygnowały z reklamowania się na moim blogu, nie przestałbym go pisać, bo to tylko nieco ułatwiający blogowanie dodatek. Natomiast dla przeciętnego czytelnika, który nie zna mnie osobiście, to informacja którą musi ode mnie przyjąć na wiarę. Więc mam opisaną politykę reklamową, w którą każdy ma wgląd, żeby zawsze wiadomo było co jest, a co nie jest reklamą. Ze skruchą przyznaję natomiast, że chociaż wpisy będące wynikiem współpracy komercyjnej były na moim pierwszym blogu oznaczone, to ta granica między reklamą a treścią nie była tak wyraźna, a zasady współpracy tak jasno opisane - staram się jednak uczyć na własnych błędach.
-
Trochę o to mi chodzi. Ja nie chcę "zmienić oceny blogosfery", ja po prostu wolałbym obrywać za własne przewiny, a nie cudze ;]
-
Jak wspomniałem - nie odżegnuję się od tego, że w jakoś tam na blogu zarabiam. Jestem raczej szczery co do tego, jak ten stan rzeczy u mnie wygląda. Natomiast z czym mam problem, to traktowanie blogosfery jako jakiejś jednorodnej całości. Określanie jej wiarygodności en masse. Nie będę tu pozwalał sobie na złośliwości wobec innych blogerów, bo to by było z mojej strony jednak cokolwiek nieeleganckie - jestem tutaj tak samo jak inni w grupie ocenianych, nie zaś oceniających. Ale jednak wolałbym być oceniany przez pryzmat moich własnych działań, niż działań ludzi, z którymi zasadniczo niewiele mnie łączy, poza faktem posiadania bloga o podobnej tematyce. I zapewne nie ja jeden tak mam.
-
Jeśli idzie o jakiekolwiek korzyści, to Mikołaj np. otrzymał zniżkę na zamówienie z BnTailor w zamian za prezentację na blogu, no i szyje marynarkę u Maćka Zaremby, za którą nie płaci. Jest to jasno określone w jego wpisach, więc mam nadzieję że nikt nie potraktuje tej wypowiedzi jako złośliwości w niego wymierzonej z mojej strony, ani jakiejkolwiek pretensji. Po prostu zwracam uwagę, że są różne stopnie, nazwijmy to, profesjonalizacji bloga. PS. Nie chcę się też odżegnywać od "zawodowej blogerki", bo zdaje się, że tak odebrałeś moje pytanie. Mam świadomość, że to byłoby z mojej strony cokolwiek idiotyczne.
-
Z czystej ciekawosci: co określa dla ciebie zawodową blogerkę? Czy zawodowo bloguje każdy, kto otrzymuje z blogowania jakieś korzyści (finansowe, albo produkty), czy ktoś kto z bloga czyni sobie główne albo istotne źródło dochodu (lub do tego aspiruje) i traktuje go jak biznes? Bo w tym pierwszym przypadku, to nawet Mikołaj się jakoś tam łapie, a w drugim ktoś kto tych warunków "zawodowca" nie spełnia by się jeszcze, myślę, znalazł.
-
Oscillococcinum to w ogóle mój ulubiony preparat homeopatyczny - niejaki Joseph Roy zaobserwował był w 1917 we krwi pacjentów chorych na hiszpankę pod mikroskopem drobne drgające bąbelki, co do których myślał, że to bakterie. Później te same bąbelki odnajdywał we krwi pacjentów cierpiących na przeróżne inne choroby, od egzemy po nowotwory, stwierdził zatem, że odkrył Przyczynę Wszystkich Chorób. Te same bąbelki - najpewniej artefakty związane z nieprawidłowym przygotowaniem preparatów mikroskopowych - znalazł także w wątrobie pewnego gatunku kaczki. Toteż obecnie oscillococcnum to rozcieńczona w nieskończoność wątroba kaczki - co prawda innego gatunku, ale to w sumie bez znaczenia, bo ideą było przygotowanie roztworu z bąbelków, które i tak nie istnieją.
-
Pozwolę sobie coś od siebie dorzucić jako medyk (obmierźle konwencjonalny, a więc niechybnie na smyczy koncernów farmaceutycznych). Pewnie jak to zwykle bywa w takich przypadkach, wyjdzie mi ściana tekstu, z góry więc przepraszam. Współczesna medycyna wykształciła sobie bardzo złożone i restrykcyjne metody sprawdzania, czy dane interwencje lecznicze działają, czy nie. Oraz czy działając przy okazji nie wyrządzają chorym większej krzywdy poprzez działania niepożądane. Istnieje coś takiego jak Evidence Based Medicine: to system oceny skuteczności interwencji terapeutycznych w oparciu o możliwie najlepsze dostępne dowody. W tym systemie opisy pojedynczych przypadków - dobrze udokumentowanych, opisanych z każdej strony - są nadal na samym dole hierarchii, mogą stanowić najwyżej podstawę do stwierdzenia: "Hm, to interesujące, powinniśmy to może zbadać jakoś głębiej". Wynika to z tego, że jeśli weźmiemy jeden przypadek, nie sposób tak naprawdę wyizolować jednej rzeczy, która zadziałała. Nie da się też, z punktu widzenia czysto logicznego, wnioskować o związku przyczynowo-skutkowym. Jeśli pacjent chory na nowotwór poddany chemio- i radioterapii zaczyna mieć remisję po podaniu jakichś ziół - nadal nie wiemy co zadziałało (oraz czy to przypadkiem nie jest po prostu nietypowy przebieg choroby). Oznacza to też, że anegdotyczne historie z gatunku "no ale mnie pomogło" są zupełnie niemiarodajne, bo dochodzi tu jeszcze całe mnóstwo innych czynników, z których efekt potwierdzenia czy placebo to tylko wierzchołek góry lodowej. Tymczasem na szczycie hierarchii dowodów uznawanych przez EBM są randomizowane badania kliniczne (Randomized controlled trials). Działa to w dużym skrócie tak, że bierze się możliwie dużą grupę pacjentów (w przypadku dużych, wieloośrodkowych badań często tysiące) chorujących na to samo, w stanie klinicznym opisanym restrykcyjnymi warunkami włączenia i wyłączenia z badania i losowo (to bardzo ważne) przydziela się ich do grupy w której stosuje się placebo (rzecz o której wiadomo, że nie działa) lub dotychczasowy złoty standard terapeutyczny, albo do grupy otrzymującej nową, badaną interwencję (terapię). Do tego często badania te są podwójnie ślepą próbą - ani pacjent, ani prowadzący badanie nie wie, w której grupie znajduje się chory, a więc czy terapia którą otrzymuje to nowy testowany lek, czy placebo. To pozwala na wyeliminowanie jak największej liczby konfundujących zmiennych; pozwala wnioskować na dużej grupie, a nie tylko pojedynczym przypadku, dając nam informacje o prawdopodobieństwie skuteczności interwencji terapeutycznej; pozwala stwierdzić z największą możliwą pewnością że to, co zadziałało, to właśnie ta interwencja; zbierane są dodatkowe dane, co pozwala nam dowiedzieć się jakie są działania niepożądane i z jaką częstością występują. W przypadku konwencjonalnych leków, wykazanie skuteczności i bezpieczeństwa w RCT jest warunkiem sine qua non do ich dopuszczenia do obrotu. Ten system ma, oczywiście, sporo niedoskonałości. Pacjenci włączani do badań klinicznych często nie są do końca reprezentatywni dla ogólnej populacji pacjentów (z których bardzo niewielu ma tylko jedną chorobę, coraz większym problemem jest fakt, że medycyna musi radzić sobie ze starszymi pacjentami chorymi na kilka chorób przewlekłych, które wzajemnie wpływają na swój obraz kliniczny i skuteczność leczenia). Albo: firmom farmaceutycznym bardzo zależy na tym, by wykazać skuteczność swoich leków w badaniach klinicznych, więc będą się starały zrobić wszystko, żeby wyniki jednak wyszły po ich myśli. Jednak to bardzo rzadko, wbrew pozorom, będą po prostu fałszerstwa (to prędzej czy później wyjdzie, w organizację badań klinicznych zaangażowanych jest jednak dużo ludzi, i skończy się wycofaniem publikacji z badaniem i konkretnymi konsekwencjami związanymi z wycofaniem leku z obrotu), częściej spotkamy próby zabawy z analizą danych i statystyką, defioniowaniem punktów końcowych i inne takie rzeczy znane każdemu, kto miał do czynienia z systemem publikacji naukowych w naukach empirycznych (czyli jak tu pokonać publication bias). Jest zatem sporo miejsca na wprowadzenie udoskonaleń. Jest to jednocześnie najlepszy system jakim dysponujemy. Nie ulegajmy iluzji, że skoro jest on niedoskonały, to uprawnione jest stwierdzenie, że dowolna metoda medycyny alternatywnej jest równie dobra, bo w końcu to nic nigdy nie można wiedzieć na pewno. Medycyna alternatywna z kolei jest bardzo dużym worem, do którego wrzuca się rzeczy, które mogą działać (np. rozmaite zioła) oraz rzeczy, które są totalną bzdurą (homeopatia). Zioła mają w sobie substancje chemiczne, które są farmakologicznie czynne. Wiele leków uzyskanych zostało oryginalnie z różnych roślin (albo grzybów, albo bakterii, albo...) i są substancjami występującymi naturalnie. Tylko zamiast polegać na preparatach ziołowych, w których ciężko o konkretne określenie dawki, poziomu zanieczyszczenia itd. się te substancje oczyszcza albo syntezuje w laboratorium (związek chemiczny to związek chemiczny, nie ma znaczenia np. dla receptora czy enzymu na który działa, czy uzyskany został naturalnie czy nie), pakuje w tabletki o znanej dawce, bada pod kątem wchłaniania do organizmu po podaniu i mamy z tego zupełnie konwencjonalne, powszechnie stosowane leki - pierwszym z brzegu przykładem jest przecież aspiryna. Natomiast jest u ludzi przekonanie, że zioła są dobre, bo są naturalne i tym samym nie mogą zaszkodzić - a preparaty ziołowe tak samo można przedawkować, mogą one wchodzić w interakcje z innymi lekami, etc. Z kolei taka homeopatia to totalna bujda, która powstała gdzieś w początkach XIX wieku i jak wiele systemów medycyny alternatywnej proponuje kilka prostych zasad mających stanowić klucz do wyleczenia wszelkich chorób. Podobne lecz podobnym, mówi - czyli jeśli cię swędzi, pomoże ci pokrzywa (bo jej poparzenie powoduje świąd). Ale substancję "leczniczą" należy rozcieńczyć w wodzie - dzięki temu przestanie szkodzić, a zacznie leczyć. Rozcieńczyć zaś należy dosłownie w nieskończoność - preparaty homeopatyczne osiągają rozcieńczenia, w których mało prawdopodobne jest napotkanie choćby jednej cząsteczki rozcieńczanej substancji w "roztworze". Następnie nakrapia się tę wodę na tabletki, pakuje do ładnych pudełek i sprzedaje ludziom po 59,99 za opakowanie (skąd firmy produkujące preparaty homeopatyczne, np. Boiron, mają kasę na lobbowanie za utrzymaniem bardzo korzystnych dla siebie praw: np. w Polsce preparaty homeopatyczne, w odróżnieniu od prawdziwych leków, nie muszą mieć dowodów skuteczności w postaci RCT, ani w sumie żadnych innych, żeby być dopuszczone do obrotu). Tradycyjna chińska medycyna jest kolejnym workiem w większym worku medycyny alternatywnej: w jej skład wchodzi sporo rzeczy, od ziołolecznictwa (patrz wyżej), po akupunkturę (prawdopodobnie nie działa, ale za to wygląda bardzo spektakularnie, no i ciężko dobrać do niej odpowiednie placebo dla sensownego porównania, co ułatwia zadanie ludziom projektującym badania tak, żeby jakąś skuteczność jednak wykazać). Stojąca za nią filozofia przepływu energii życiowej nie ma odzwierciedlenia we współczesnej wiedzy na temat fizjologii i patofizjologii człowieka. Nie znaczy to, że nie ma wśród terapii stosowanych przez tradycyjną chińską medycynę niczego wartościowego - znaczy to, że należy te terapie badać dobrymi narzędziami, oddzielić to co działa od tego co jest mistyczną otoczką, albo tylko tradycją, ale nie przynosi żadnych efektów terapeutycznych, i włączyć to do repertuaru współczesnej medycyny gdy mamy pewność, że działa. Co się zresztą robi. W ramach podsumowania, zwięzły (dla odmiany) cytat: "By definition, alternative medicine has either not been proved to work, or been proved not to work. Do you know how they call alternative medicine that's been proved to work? Medicine."
-
Będę dawał znać, jak buty znoszą noszenie ;] Generalnie szewc jest otwarty bardzo na wszelkie modyfikacje, sam dopytuje i uzgadnia z klientem każdy detal, od szczegółów kształtu kopyta, przez wspomniany rozstaw dziurek (spotykają się ze skrajnie różnymi opiniami, btw, od wyrazów głebokiej nienawiści po deklaracje dożywotniej miłości, serio), po wykończenie podeszwy. Można się z nim dogadać i widać, że chce mu się eksperymentować. Do tego jest jeszcze etap przymiarki, gdzie robiony jest testowy kapeć i gdzie sporo można pozmieniać, a widzi się już jak but wygląda w rzeczywistości. W tej cenie zdecydowanie warto się zainteresować, zwłaszcza że w Krakowie chyba nie ma nikogo innego, kto wykonuje szyte obuwie na miarę.
-
Forumowicze i Sympatycy BwB z Krakowa
Haz odpowiedział(a) na damiance temat w Spotkania regionalne BwB
Nieśmiało zgłoszę zainteresowanie. -
Trzeba mieć ładnej szerokości biceps i wąski rękaw koszuli. Wiecie - ładnemu we wszystkim ładnie, nawet w koszuli z krótkim rękawem. Oczywiście bez krawata, marynarki i w ładnej koszuli - no da się, jasne. Ale jak się zaczyna zabawę z koszulami, to się to zwyczajnie nie kalkuluje, bo lepiej sobie nakupować takich z długim.
-
Niewątpliwie taka odpowiedź koledze bardzo pomoże w poprawie wizerunku. 1. Z czego ten płaszcz? Wygląda na dość cienki materiał, nie leży za dobrze; na jesień-zimę raczej zdecydowanie co innego, budrysówka będzie dobrym startem, bo do bardziej formalnego płaszcza chyba brakuje ci garderoby. 2. To wygląda bardziej na robocze niż eleganckie buty (szerokie, masywne kopyto, gruba podeszwa z szerokim rantem), więc pastowanie ich na wysoki połysk mija się z celem. Wypastowałbym bez polerowania i zostawił matowe, rozejrzał także za czymś ładniejszym. 3. Zamień koszulę z krótkim rękawem na taką z długim - w kratę vichy, albo z bawełny oxford z kołnierzykiem na guziki i włóż ją do spodni; krawata się pozbądź albo zawiąż inaczej, albo wymień (ma sięgać paska spodni); załóż do tego np. kardigan albo sweter v-neck z cienkiej wełny (koszula z krawatem bez niczego więcej wygląda nieszczególnie). Rzeczy pod linkami to luźne sugestie; szukaj we własnym zakresie czegoś, co pasuje ci pod względem budżetu.
