Stoi, stoi choć bardziej poetycko zabrzmiałoby - leży. Nie wiem jak daleko odejdę od tematu, ale spróbuję. Chciałem napisać, że w społeczeństwie da się zauważyć dwa nurty. Jeden prze w stronę totalnej negacji zasad poprawnego ubioru, maksymalnego jego uproszczenia i w zasadzie wyeliminowania kwestii estetycznych z praktycznej części życia. Taki człowiek traktuje ubranie jako coś co zasłania genitalia i grzeje w czasie chłodów. Dbanie o wygląd jest raczej postrzegane jako strata czasu, bardziej pragmatycznie jest jak w tym czasie wysłucha się kursu traktującego o zarabianiu pieniędzy albo wymieni olej w skrzyni od Jelcza. Taki trochę estetyczny troglodyta z praktycznymi życiowo naleciałościami. Drugi nurt to chyba My, ale sam do końca nie wiem:) Fascynujemy się rzeczami, które kiedyś tam były normą a dziś pokrył je kurz zapomnienia społecznego. Odkopujemy je więc i unowocześniamy, żeby czasem zbytnio myszką nie trąciły. Jesteśmy świadomi w swoich wyborach i mądrzejsi o wiedzę, którą co wrażliwsi odkrywają dopiero na nowo. Wiemy, że ubiór ma znaczenie przez co czasem narażamy się na kpiny i drwiny. Druga sprawa. Będąc politykiem w "demokratycznym" państwie trzeba starać się robić dobrze każdemu. Najwięcej profitów ma się z dogadzania grupom stanowiącym większość, więc polityk nawet jeśli by w końcu stwierdził, że dobranie ładnego krawata do garnituru wcale nie jest gorsze niż wymiana oleju w skrzyni i tak w tej kwestii nie może przesadzać bo ogół weźmie go za wariata. Myślę, że te dwa aspekty o których napisałem w przedziwny sposób łączą się i mieszają i mamy to co mamy - cytując klasyka ch** d** i kamieni kupę.