ale w sumie co w tym złego? na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce. W liceum słuchaliśmy (my w sensie ja i moi znajmoi z ogólniaka) powszechnie Nirvany czy Soundgarden, zabawne byłoby, gdybyśmy chodzili w marynarkach i chinosach. Być może ma znaczenie, że chodzi o jedyne liceum w miasteczku liczącym 30 tysięcy mieszkańców... choć pewnie nie. Fakt, że nie czuliśmy wtedy presji wyścigu szczurów. Zresztą na studiach było podobnie - już pisałem w którymś wątku, że nieliczni osobnicy, którzy na poranny wykład z prawa rzymskiego przychodzili w garniturach, budzili nasze rozbawienie. Sam zacząłem chodzić w garniturze około IV roku studiów, ale tylko dlatego, że jednocześnie zaczynałem pierwsze kroki z pracą, wcześniej ubierałem się jak w liceum, a nawet gorzej , bo eksperymentowałem z fryzurą (raz zapuszczone długie włosy, raz na łysi, raz irokez, dwa razy farbowanie ). W sumie z rozczuleniem to wspominam. Trochę mnie śmieszą takie pojawiające się na forum obserwacje, że mamy do czynienia z jakimś upadkiem obyczajów ubraniowych, gdyż byle marynarka na uczelni jest traktowana jako przesadna elegancja. To tak samo usprawiedliwione jak naśmiewanie się z nas jako "elegancików" przez powiedzmy każualową frakcję. Każdy niech nosi to co lubi, nie ma potrzeby dorabiania do tego filozofii
Podpisuję się pod tym. Poniekąd na usprawiedliwienie krytyków garnituru czy poszetki na pierwszych latach studiów jest to, że te elementy włożone przez młodego człowieka kojarzą się ludziom nie z elegancją, ale z zadęciem. A to nie jest cecha mile widziana chyba w żadnej grupie. Najśmieszniejsze jest to, że jak pamiętam swoje studia, w większości przypadków te skojarzenia (z garniturem, nie z poszetką, bo nikt jej nie nosił) były często usprawiedliwione.
Sam zacząłem nosić garnitur na uczelnię po rozpoczęciu pracy, na V roku, kiedy już nie miałem prawie w ogóle zajęć. I uważam, że to był właśnie właściwy na to czas. Oczywiście, gdy ktoś zaczyna pracę wcześniej, jest jak najbardziej "usprawiedliwiony".