Witam wszystkich. Ponieważ przedstawiciele KH bywają tu regularnie, postanowiłem się w końcu zalogować i dodać swoje trzy grosze.
Amerykanie mają takie swoje biznesowe powiedzenie - pick the low-hanging fruits first, co w wolnym tłumaczeniu oznacza skupienie się na starcie na najłatwiejszych do osiągnięcia celach. Uważam, że to stwierdzenie jak ulał pasuje do obecnej sytuacji i nie zaszkodzi, jeśli ustawicie je sobie jako tapetę w komputerze czy też hasło do skrzynki mailowej. O Waszych butach dowiedziałem się przez przypadek. Ot, jeden ze znajomych podlinkował Wasz profil z facebooke'a. Znajomy, którego w życiu bym o zainteresowanie klasyczną modą nie podejrzewał. Który pewnie na gwiazdkę lub urodziny dostał książkę Michała Kędziory i postanowił zrobić mały remanent w szafie. Znajomy, dla którego buty uszyte wyłącznie ze skóry są pewnie pełnym wypasem zakładanym od niedzieli i nie będzie dalej wnikał, jaką metodą były szyte i czy skóry są francuskie czy portugalskie. Który jest w stanie zapłacić za ten wypas trzysta złotych z hakiem i uważa to za spory wydatek, a rozmowy o obuwiu za kwoty nierzadko kilkukrotnie wyższe za fanaberię. Innymi słowy - kolega będący odzwierciedleniem większości męskiej części społeczeństwa, na którego z lubością polują galeriowie sieciówki. Klient, dla którego jesteście jedyną dla nich alternatywą, który z chęcią kupi "polski" klasyczny but, a i jeszcze znajomych ściągnie. Takich jak ja czy forumowicze wypowiadający się powyżej. Sam zaciekawiłem się Wasza ofertą na tyle, że postanowiłem zakupić 2-3 pary na spróbowanie. Od kolegi różni mnie świadomość ceny, więc nie oczekiwałem cudów, nie miałem zamiaru suwmiarką mierzyć tłoczenia brogsów, chciałem buty kupić, znosić i bogatszy o doświadczenie wyciągnąć wnioski co do dalszych zakupów. A nuż by się okazały ideałem, który dużo nie kosztuje, ładnie wygląda i nie szkoda go zakładać na co dzień, gdy człowiek pracuje w pozabiurowym środowisku. To było jakoś w kwietniu i tu dochodzimy do Was. Jest zaraz połowa lipca, połowa sezonu na bezproblemowe noszenie półbutów minęła, a w sklepie jak były pustki, tak są nadal. Klienci nie zdążyli jeszcze pierwszych modeli znosić, nie zebraliście praktycznie żadnej wiedzy o statystykach związanych z jakością, a już pchacie się w wyższy segment. Jeszcze raczkujecie z rozpoznawalnością, a już Wasz profil zaczynają zaśmiecać posty niebezpiecznie zahaczające o agitację polityczną. Tygodnie mijają, a ja zaczynam mieć wrażenie, że prędzej doczekam się z Waszej strony komentarza o ustawie in vitro niż informacji o dostępności koniakowych brogsów czy choćby pełnej rozmiarówki w oxfordach. Wybaczcie szczerość, ale jesteście wręcz podręcznikowym przykładem modelu "jak nie rozwijać marki" i zwyczajnie trafiło mnie, jak przeczytałem czerwcowe wpisy. Mam głębokie wrażenie, że reprezentujecie pokolenie lat '90, któremu się wydaje, iż ładna grafika i opisy zdaniami wielokrotnie złożonymi wystarczą, aby przebić się na rynku. Powoli, małą łyżeczką! Na wyjątkowość i popyt trzeba sobie zapracować. Jeszcze pierwszego uzupełnienia magazynu nie mieliście, a już piszecie o wyjątkowości i porównujecie się do firm, które prawdopodobnie powstały przed Waszym narodzeniem. Łatwo jest przeoczyć lub mylnie zinterpretować sygnały rynku, ale zrozumcie, że swoim działaniem sami sobie utrudniacie dalszą sprzedaż. Myślałem, że tylko ja cierpię na brak cierpliwości, ale powyżej przeczytałem, iż sporo potencjalnych klientów darowało sobie oczekiwanie i kupiło buty w innym sklepie. Pomijając utracony zysk, ponowne ich pozyskanie wydaje się teraz prawie niemożliwe. Swoją opinię można zepsuć tylko raz, nie zapominajcie o tym. A jak jej nie psuć?
Ograniczcie linię książęca do 5-6 podstawowych modeli, utrzymajcie przez przez dwa lata ich ciągła dostępność w pełnej rozmiarówce, zwiększcie rozpoznawalność, wejdźcie na obrót i zbierzcie doświadczenie o powtarzalności jakości partii surowców i samych butów, zbierzcie informacje o ich mankamentach. A mając tę wiedzę i obrót, poprawcie projekty, popracujcie nad dostawcami materiałów, produkcją i logistyką. Jeśli zrobicie to dobrze, może się okazać, że będziecie w stanie zaoferować lepszy but w niższej cenie, jeszcze bardziej umacniając linię książęcą na rynku. I dopiero wtedy myślcie o poszerzaniu kolekcji i oferowaniu butów w droższym segmencie. Jeśli kogoś stać na zakładanie rano tysiąca złotych na nogi, to nie liczcie na taką samą pobłażliwość co u sporadycznego klienta linii książęcej. Oczekiwanie, że zwabicie takiego klienta dokładnie tymi samymi zabiegami co kupca na tańsze modele jest zwykłą naiwnością. Naiwnością, którą widać i która niszczy Wasz wizerunek. Właściciel S klasy idzie po kolejną do salonu a nie autohandlu z ładnym logo. Kwestię nazwy ograniczę do jednej sugestii - przejdźcie się po mieście, znajdźcie emerytowanego szewca z ładnym nazwiskiem, dogadajcie się, co tu więcej pisać? Kończąc optymistycznie - nie popełnia błędów tylko ten, co nie robi nic. Postawiliście przed sobą ambitny cel i jeśli się przyłożycie, możecie za jakiś czas być wzorem dla innych polskich marek. Do tego czasu polecam poczytać wywiady z Tomaszem Zaboklickim, prezesem zakładów PESA. Miałem okazję poznać tego człowieka osobiście i filozofia, pokora, zapał oraz upór, jakie prezentuje, mogą być inspiracją dla każdego przedsiębiorcy. Lekturę polecam zacząć od fragmentu, w którym wyjasnia, dlaczego w motto firmy widnieje słowo "dobre", a nie "najlepsze"